wtorek, 19 maja 2009

Waiting till it come...

Dawno mnie tu nie było...
Taka mała dygresja na początek:)))
Ostatnio zajmuję się czekaniem...
na spełnienie marzenia...
czekaniem na 23,
czekaniem na pocałunek, uścisk od najukochańszych osób w moim małym świecie,
czekaniem na kawę w doborowym towarzystwie itp.
No w sumie, to miłe jest to czekanie... od czekania do spełnienia:)Wręcz eksyctujące...

Staram się codziennie zachowywać pokój, i cieszyć się tym co przyniesie nowy dzień. To nadwyraz czas łaski!!!
Ludzie w Stanach są dla nas tacy dobrzy. Codziennie ktoś nas odwiedza, ostatnio przyniesili nam tort lodowy i babeczki z napisem... We Love You:) Amerykańskie, lecz bardzo miłe i pocieszne.

Bóg otwiera nam drzwi, które na początku wydawały się warownią, nie do pokonania. Nowe myślenie, podejście do różnych spraw, więcej powagi... wiem, wiem w moim przypadku to niemożliwe, no ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, więc postanowił mnie trochę obszlifować:)
On mnie zmienia, każdego dnia coraz mocniej utwierdzam się w Jego słowie, Jego obietnicach. Czasami we łzach odnajduję zagubione zaufanie, i wtedy czuję, że nie jestem sama.

Dziesięć miesięcy minęło bardzo szybko, i w sumie bardzo się cieszę, bo teraz jest zdecydowanie lepiej.
Jak przyjadę to poniektórym opowiem więcej, oczywiście tak z umiarem, żeby nie zanudzić Szanowych Państwa:)))